fbpx

A dlaczego tak drogo? Czyli o odzieży szytej na miarę, firmach rzemieślniczych i jakości

 

 

Kiedy 2 lata temu powstawały pierwsze koszulki, dziś mogę uczciwie przyznać: nie wiedzieliśmy nic. Jedynie wydawało nam się, że jesteśmy dobrze przygotowani, mamy zaplecze potencjalnych klientów i umiejętności, które pomogą nam – dwóm osobom z zupełnie innych zawodowych (i nie tylko) bajek – stworzyć niewielką markę z wielką misją i własnymi siłami pielęgnować kawałki poletka, na które ją podzieliliśmy.

Od zakupu pierwszej koszulki z najlepszej okolicznej szwalni, jaką znaleźliśmy do uzyskania zadowalającego nas produktu, minęło ponad pół roku. Pół roku testowania materiałów, wyrzucania pieniędzy, nieprzyjemnych doświadczeń z wy-konawcami (korzystanie z usług 90% zakładów w Polsce na pewno nie idzie w parze z duchem fair-trade). Zawsze coś było nie tak, a to krzywo, gdzieś wystawała nitka, zdarzyło się nawet, że ktoś pożyczył sobie belkę naszej bawełny i uszył z innej, szorstkiej i niemal przeźroczystej, lepszą zostawiając na użytek dla swojej działalności…

Po wielu perypetiach zdecydowaliśmy się na współpracę z krawcową (szwaczka to nie to samo!), projektantką i konstruktorką odzieży. Wspólnymi siłami stworzyliśmy idealne (no, bliskie założeniu) fasony, które w zamyśle miały zaspokoić potrzeby ubraniowe kobiet o różnej budowie i w różnym wieku, pozwolić im zdecydować czy i jaki mankament chcą ukryć, co podkreślić, t-shirt pasujący do dżinsów i over dobrze wyglądający z niezobowiązującą spódnicą. Ha, i że niby to wszystko, już, wrzucamy na stronę, chwalimy się, pokazujemy? Kolejne tygodnie to testowanie najlepszych ekologicznych farb i sposobów nadruku dostosowanych do specyfiki i kolorystyki naszych grafik (sitodruk

 

 

odpadł już na początku, były zbyt skomplikowane, impresjonistyczne, szczegółowe). Zdecydowaliśmy się na DTP z podkładami, „nakładami”, utrwalaczami i odtwarzanie obrazów Grzegorza na najwyższych ustawieniach drukarki, by wybrane motywy mogły pozostać z klientami jak najdłużej, w niezmienionej formie, bez smutku spękania na twarzach i blasku w spranych oczach.

Wszystko musiało do siebie pasować, puzzle to też specjalne metki, ekologiczne biodegradowalne worki, w których wysyłamy zakupione towary… Spójność, to było coś, co przyświecało tej idei od początku. Idei, tak, bo z naszej drużyny zarabiali na tym tylko grafik, drukarz i krawcowa. 😉 Włożyliśmy o wiele więcej, niż mieliśmy, bo chcieliśmy stworzyć coś więcej niż markę, ubraniową sektę, której członków dałoby się rozpoznać na ulicy po jednym rzucie oka na t-shirt czy bluzę. Guslavia to w końcu kraina zadowolonych, świadomych siebie i otoczenia ludzi, mądrych i rozwijających się, ceniących jakość i wszystko, co z nią związane, szanujących wysiłek innych, kochających naturę, piękno, sztukę. Że niby to już było i nazywało się rewolucja obyczajowa i hippisówka? Nie, zamiast wywracać porządek, chcieliśmy dawać klientom to, co przewyższy ich śmiałe oczekiwania, gdzieś po cichu, bardzo po cichu licząc na to, że kiedyś będziemy mogli poświęcić się tylko tej działalności…

Czas mijał, z uporem szliśmy do przodu, chociaż rzeczywistość i doświadczenie (dopiero działając, nabyliśmy właściwego!) kazały wątpić w sens tej wspinaczki na szczyt, który widzicie w logo.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *